Żyję, biegam, jest OK :-)

Dawno niczego tutaj nie napisałem. Nie było okazji, brak natchnienia, czasu… długo by wymieniać.

Rok 2011 minął bezpowrotnie, a był to rok obfitujący w fajne doznania. Po pierwsze, urodziła się nam kochana córeczka Agatka. Po drugie, ustanowiłem życiówkę w maratonie na poziomie 4 godzin i 4 minut i 14 sekund. Po trzecie, wziąłem udział w pierwszym zagranicznym biegu, był to półmaraton w Padwie, wrażenia – bezcenne, może kiedyś o tym napiszę.

Cel biegowy na ten rok to złamanie 4 godzin (oczywiście w maratonie) – chciałbym uczynić to dość godnie, a nie tylko o kilka sekund – choć wiadomo, i z tych kilku sekund człowiek będzie miał radochę. Okazja ku temu będzie już 3-go maja w Silesia Marathon. Trzymajcie kciuki. Przygotowania idą prawie zgodnie z planem. Prawie, ponieważ przez cały luty chodziłem zasmarkany, co wybiło mnie już na początku przygotowań. Teraz jednak gonię, i to nie sam, walczy również moja żona – i to jest dopiero hit! :-)

cdn…

 

ps. Wesołych Wielkanocnych!

Running – resurrection

Rok 2010 minął bezpowrotnie. Udało mi się w nim pokonać dwa maratony (Maraton Kukuczki i Maraton Wrocławski), dwa półmaratony (w ramach Silesia Marathon oraz Półmaraton Katowice) oraz niezliczoną ilość dyszek, piętnastek i biegów pomniejszych. Łącznie przebiegłem 554 kilometry (wg Nike+), średnio 11km na tydzień. To chyba nieźle jak na całkowitego amatora oraz kogoś, kto wcześniej bardzo nie lubił biegać.

Był to też rok, w którym zmagałem się nawracającym bólem kolana, a w zasadzie obu kolan, kilku przetarć na stopie, podrażnionych sutków i paru kurczów. Teraz już wiem, że każdą kontuzję trzeba wyleczyć do końca. Nie biegać, nie nadwyrężać, nie forsować. W przeciwnym razie kontuzja wraca, a wraz z nią wraca ból, nierzadko także pojawiają się inne dolegliwości. Jest to również faza braku postępów, stagnacji, a w dalszej kolejności znużenia całą tą sytuacją i znużenia bieganiem. Jak to mawiają, Polak mądry po szkodzie.

No dobra, lekcja odrobiona. Czas wziąć się za siebie…

… dziesięć dni temu wyszedłem pobiegać. W ciągu 5 wyjść pokonałem gdzieś 42 kilometry. Było super. Po każdym z tych biegów czułem się świetnie, spałem wyśmienicie i zostałem zbombardowany pokładami nowej energii. Bieganie jest naprawdę fajne, lecz jak wszystko, trzeba to robić z głową.

Chętnych do śledzenia moim zmagań zapraszam do kolejnych odwiedzin na blogu oraz na mój profil w runkeeperze.

A! Pierwszy start w tym roku już zaplanowany. Wybór w pierwszej kolejności padł na Silesia Marathon. Mam już nawet przydzielony numer: 200. Całkiem fajny, prawda?

IV Bieg Spełnionych Marzeń – Mysłowice – 15-01-2011

Nazwa imprezy
IV Bieg Spełnionych Marzeń
When
sobota, Styczeń 15, 2011
brak info - All Ages Buy Tickets
Where
(map)
Mysłowice

« Back to the calendar

XIV Perła Paprocan – Tychy – Paprocany – 07-11-2010

Nazwa imprezy
XIV Perła Paprocan
When
niedziela, Listopad 7, 2010
brak info - All Ages Buy Tickets
Where
Paprocany (map)
Tychy
Other Info
http://www.perlapaprocan.pl

« Back to the calendar

VI Bieg Katorżnika – Lubliniec – Kokotek, śląskie – 15-08-2010

Nazwa imprezy
VI Bieg Katorżnika
When
niedziela, Sierpień 15, 2010
01:00 - All Ages Buy Tickets
Where
(map)
Lubliniec - Kokotek, śląskie, Polska
Other Info
http://www.biegkatorznika.pl
7km

Zdjęcia z biegu na biegamynaslasku.pl

« Back to the calendar

Upał, skwar, żar…

viii bieg opolski

wyglądam dość niewyraźnie, prawda?

Tak w skrócie opiszę swój dzisiejszy start w VIII Biegu Opolskim. Założenie miałem bardziej ambitne od uzyskanego rezultatu, ale po kolei.

Sobota, 3. lipca, Opole

9:30
Parkujemy samochód na wielkim parkingu – wciąż mnóstwo wolnych miejsc. Udajemy się po numerek, przy okazji nabywamy techniczne koszulki Kalenji w promocyjnej cenie 10pln – różowa damska i żółta męska – na pewno się przydają do biegania lokalnego.
Obowiązkowe skorzystanie z tojtoja.
Ugryzł mnie komar, wyskoczył potworny bąbel – no fajnie, myślę sobie – bestie mnie pożrą żywcem. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Po powrocie do samochodu zjadam batonik i popijam go izotonikiem. Następnie przebieramy się do stroju właściwego.

10:30
Rozgrzewkę czas zacząć. Trucht po lesie, w cieniu drzew, w towarzystwie delikatnego wiatru – bardzo przyjemnie i orzeźwiająco, aż chce się biegać. Bieg w otwartym terenie – upalnie nienormalnie, żar bije zewsząd – mam wizję potwornego przegrzania i bólu głowy.
Zjadam kolejny batonik.

10:55
Ustawiamy się przed linią startu, niektórzy już zamknięci w sobie, psychicznie przygotowują się do walki z dystansem 10km. Inni natomiast gaworzą wesoło i świetnie się bawią. My (małżonka i ja) stajemy gdzieś na tyłach. Oczekujemy na umówiony znak sygnał…

11:00
… i wystartowali. Najpierw prawie w miejscu, następnie ciut szybciej i szybciej, aż dochodzę do tempa 4:30 na kilometr. Powoli wyprzedzam co wolniejszych uczestników biegu. Pierwszy kiometr, drugi i trzeci. Biegnie mi się całkiem dobrze, nadzieja na dobry rezultat nadal w zasięgu ręki, no może raczej nóg.
Prysznic przy wozie strażackim ożywia mnie, bardzo przydatne biorąc pod uwagę fakt, że biegniemy w pełnym słońcu. Tempo w okolicach 4:40, więc nie jest źle.
Gąbki z wodą dodają rześkości, jest dobrze.

5-ty kilometr
Jest źle. Potworny ukrop, jest mi strasznie gorąco, na dodatek czuję się mocno zasłodzony (oj te batoniki i izotonik, przesadziłem zdecydowanie). W punkcie z wodą biorę dwa kubki. Zawartość pierwszego wypijam do dna, drugi natomiast wylewam na siebie. Trochę pomogło lecz nadal gotuję się. Przechodzę do marszu. I tak na zmianę, marsz i bieg. W taki sposób przebyłem cały wał, który zdawał się nie mieć końca. Pogoda nie ułatwiała, słońce prażyło, nagrzana ziemia promieniowała ciepłem. Nie, nie ciepłem – żarem, rozgrzanymi węglami, surówką wylaną z pieca hutniczego! Czułem się niczym uczestnik maratonu pustynnego w Arizonie.

Za wałem już mi jakoś poszło. Jakoś, bo tempo w okolicy 5:30, więcej nie byłem w stanie wycisnąć z przegrzanego organizmu. A może i nawet podświadomie nie chciałem tego robić, aby nie skończyć jako petent obsługi medycznej.

Bieg ukończyłem z bardzo słabym czasem netto 54:30. Ważne jednak, że dobiegłem i przeżyłem – dwie osoby musiały przeszarżować, bowiem zostały na trasie w opiece medyków.

Podsumowanie
Sam bieg zorganizowany został dość sprawnie. Ciekawy medal oraz bogate pakiety startowe (i mineralna, i izotonik), a na dodatek kubek okolicznościowy oraz pyszna kanapka – panie dostały płyty cd z muzyką oraz audiobookiem.

Mam jednak dwa zastrzeżenia (podziela je moja żona – nie tylko dlatego, że jest moją żoną :-P).

  • Punkty odżywcze (z wodą) zostały rozlokowane dość nieoptymalnie według mnie. Skoro i tak de facto były dwa, to może lepiej gdyby dystans między nimi był większy?
  • Paremadycy co prawda przemieszczali się grupami wzdłuż trasy, jednak przy takim upale organizator mógł rozlokować dodatkowe osoby z walkie-talkie w celu zapewnienia lepszej obstawy trasy w sytuacjach zagrożenia zdrowia/życia.

Na koniec mała uwaga dla siebie samego: mniej batoników i izotoników przy takiej pogodzie i na tak krótkim dość dystansie. Lepiej podpijać mineralną.

statystyki stron internetowych