Archiwum dla Listopad, 2009

Sobotnie bieganie

Po dwóch dniach przerwy biegało się całkiem nieźle. Pogoda sprzyjała, kondycja coraz to lepsza. Organizm nie zaprotestował żadnym bólem – miałem jedynie lekko naciągnięte achillesy po biegu, ale w niedzielę przestałem je czuć i wszystko wróciło do normy. No, może prawie do normy, bowiem przelazło na mnie z syna i żony jakieś dziwne przeziębienie, czy też grypa.

Kuruję się domowymi sposobami, wiadomo herbatki, miód, witamina c, panadol i raz na dzień tabcin. Swoją drogą, czy ktoś wie co za chemię pakują do tabcina? Po zażyciu człowiek czuje się nieco dziwnie, ale łagodzi wszelkie objawy typu kaszel, katar i ból gardła.

Tym to sposobem w moim bieganiu zaistnieje krótka przerwa, a szkoda, bo 6 grudnia mam (a w zasadzie mamy, bo biegnę z żonką moją) zaplanowany występ na 5. Biegu Barbórkowym w Rybniku i warto byłoby podciągnąć formę do tego czasu. Pozostanie mi na to tylko przyszły tydzień, a może i nawet (oby) najbliższy weekend, o ile wyliżę się do tego czasu.

pielegniarka-sxc-hu

Podsumowanie biegu:
– odcinek: 6,58 km
– czas: 00:31:27
– średnie tempo: 4′47”

2009-11-21-bieg

Dlaczego zacząłem biegać?

Tak jak obiecałem na końcu pierwszego wpisu, dziś opiszę w skrócie dlaczego – pomimo tego że biegać nie lubiłem – biegać zacząłem.

Wyjście z domu zawdzięczam, nikomu innemu, jak tylko mojej małżonce. To ona przełamała się sama i w maju ruszyła na siłownię, gdzie uczęszczała regularnie dwa / trzy razy na tydzień przez dwa miesiące, potem wakacyjna pauza i  kontynuacja od września. Zaimponowało mi to bardzo – jednak ja pielęgnowałem konsekwentnie proces zapuszczania korzeni w domu.

Latem podjąłem kilka prób wyjścia i biegania po ścieżkach WPKiW, jednak był to tylko zryw, oparty na słomianym zapale.

Dopiero na początku października, po kilku namowach żony, żebym poszedł razem z nią na siłownię, przełamałem się i zdecydowałem wdrożyć bieganie – ale już na poważnie, bez opieprzania się i odpuszczania sobie. No i się zaczęło.

Żeby uprościć sprawę i nie komplikować tematu, postanowiłem biegać po najbliższej okolicy, czyli po drogach osiedlowych i chodnikami wzdłuż ulic. Jako alternatywę miałem trasy WPKiW – jednak ze względu na chęć oszczędzenia czasu, pomysł odrzuciłem.

Zaczynałem od trasy o długości 3km. Pierwsze dwa razy były ciężkie, nie powiem. Dodatkowo zakwasy dzień i dwa dni po, jednak wytrzymałem i stopniowo zwiększałem dystans, dokładając po jednym kilometrze. Nie ukrywam, że początki dały mi sporo satysfakcji, ponieważ – co było dla mnie ważne – zawsze przebiegałem obraną trasę bez ani jednego postoju. Nawet gdy miałem resztki sił, a byłem w 2/3 długości, potrafiłem sobie powiedzieć, że dam radę, że już końcówka i że już z górki – pomagało, choć nie brakowało myśli w stylu „zatrzymaj się, już wystarczy tego„, „po co biegniesz, resztę możesz pokonać spacerkiem„, a nawet takich: „na cholerę Ci te bieganie?„, „naprawdę tak źle Ci się siedziało w domu?” … oj te wredne alter ego 😉 nie dałem mu się.

Dobra, starczy tych wywodów. Za oknami dziś fajna pogoda i mam ochotę pobiegać – pora ubrać sportowe ubranie i ruszyć w trasę. Może coś skrobnę po powrocie – jak znajdzie się chwilka. A Ty na co jeszcze czekasz?

5,36km ulicami Chorzowa

Od soboty zrobiłem sobie kilkudniową przerwę w bieganiu, aż do dziś. Początkowo zamierzałem przebiec mój ulubiony ostatnio odcinek 6,7km, jednak na trzecim kilometrze, na odcinku pod górkę, odezwało się prawe kolano. Jakby nadwyrężenie. Dlatego skróciłem trasę i zamknąłem dzień dystansem 5,36km.

Wracając do biegu. Tym razem zacząłem od rozgrzewki – żarty się skończyły, a o kontuzję zbyt łatwo. Rozgrzewka trwała nie dłużej niż 5 minut. Składała się z truchtu, ćwiczeń rozciągających oraz skipów A, B i C. Nie powiem, biegło się łatwiej, nie dopadło mnie tradycyjne chwilowe wycieńczenie w okolicach 600m i na drugim kilometrze, jednak tempo pozostawia trochę do życzenia. Chcę zejść do średniego tempa 4’30” na km, na trasie 6,7km, a docelowo na dystansie 10km. Do celu jeszcze daleko, jednak wiem, że leży to w moim zasięgu.

Co do trasy, to płaska nie jest. Jest kilka podbiegów i zbiegów. Do tego bieg głównie chodnikiem i drogą asfaltową z wielkimi dziurami, gdzieniegdzie w remoncie. 2/3 trasy wiedzie drogami o małym natężeniu ruchu, natomiast pozostała część to bieg przy głównej ulicy, gdzie samochodów i autobusów jeździ całkiem sporo, aut dostawczych nieco mniej.

Samopoczucie i samozadowolenie po biegu dobre!

Podsumowanie biegu:
– odcinek: 5,36 km
– czas: 00:25:39
– średnie tempo: 4’47”

2009-11-18-bieg-5-36km

Najstarszy mężczyzna, który ukończył maraton…

… to wg Księgi rekordów Guinessa grecki biegacz Dimitrion Yordanidis, który pokonał dystans 26 mil w 7 godzin i 33 minuty. Miało to miejsce 10 października 1976 roku w Atenach. Dimitrion miał wówczas 98 lat!

Panu gratulujemy!

Nigdy nie lubiłem biegać

Tak, taki jest fakt. Może to trochę dziwne i nienormalne zaczynać takim wpisem, jednak ja naprawdę nigdy nie lubiłem biegać na dystansach powyżej dwustu metrów.

Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się na dobre w 4 klasie szkoły podstawowej, kiedy przydzielono mnie do klasy sportowej. Cały pierwszy rok to, wiadomo, czas testów i odnajdywania ‚swojej dyscypliny’. Jako, że w jednej z pierwszych takich prób selekcji poszło mi ponoć całkiem nieźle w biegu na 1km, zostałem wydelegowany na znany wtenczas na cały kraj Cross Ostrzeszowski. Oczywiście nie zwyciężyłem wtedy, jednak były to moje pierwsze poważne i ogólnopolskie zawody sportowe.

Następnie były inne próby i podejścia do kolejnych dyscyplin. Przez dłuższy czas uprawiałem biegi krótkodystansowe (do 200m, w tym sztafety), skok w dal, aż docelowo przypadł mi do gustu skok wzwyż. Przy okazji pochwalę się swoim osiągnięciem życiowym: 186cm, przy wzroście 174cm, co dawało 12cm przeskoku – i właśnie dzięki temu przeskokowi byłem swego czasu naprawdę dumny z siebie… a może i nadal jestem, skoro o tym wspominam tutaj :-)

Wracając do biegania, łatwo zauważyć, że wraz ze zmianą dyscypliny zmniejszał się dystans, jaki należało pokonać do wykonania ćwiczenia… nic dziwnego, przecież pisałem już o tym w tytule i we wstępie…

Etap moich studiów i ‚dorosłego życia’, to czas spędzony raczej niezbyt sportowo. Zawsze znalazła się jakaś wymówka, triumfowało lenistwo i sportowa apatia. Owszem, były próby wdrożenia zdrowych truchtów, jednak zazwyczaj kończyło się na inicjacji sezonu biegowego. A było tych inicjacji sporo, co najmniej dwie w każdym roku.

Tak to było z moim bieganiem od dzieciństwa, aż po 29. rok życia.

W następnym wpisie (za kilka dni) opiszę co mnie skłoniło, dlaczego pogodziłem się z bieganiem i po co mi to było.

statystyki stron internetowych