10 dni

Tyle do chwili obecnej trwa moja przerwa w bieganiu. Dziesięć pieprzonych dni. Choroba złośliwie przeciągnęła się, a tym samym mój pierwotny plan powrotu na trasę w weekend spalił na panewce. Porażka na całej linii.

Przez cały ten czas, kiedy mój ruch ograniczał się wyłącznie do poruszania po domu i zabaw z synem, a dystans pokonany pieszo na zewnątrz równał się odległości do kosza na śmieci lub samochodu, popadłem w marazm. Nie była to depresja lecz czułem pewną bezcelowość i bezsens, a każda próba podjęcia jakiegokolwiek wysiłku fizycznego lub psychicznego spotykała się ze sprzeciwem całego ciała.

Wcześniej wychodzenie pobiegać dawało mi sporo satysfakcji i zadowolenia z siebie – szczególnie gdy zziajany i spocony szedłem brać prysznic, a tu 10 dni przerwy. Kompletne rozłożenie organizmu, i umysłu oczywiście, bo chorowało całe ciało, także i to, co wewnątrz mnie.

Dziś jest mi już zdecydowanie lepiej. Wróciła chęć do działania, chęć do myślenia, chęć do pracy i oczywiście wielki apetyt na bieganie. Jutro wieczorem ubieram się ciepło, zakładam sportowe buty i idę pobiegać. Czas wrócić do gry! Postanowione!

Na poprawienie nastroju, wrzucam klasyk – klasyk, bo z 1987 roku… Yé ké yé ké  Mory’ego Kanté.

Be Sociable, Share!
  1. Na razie brak komentarzy.

  1. Na razie brak trackbacków

statystyki stron internetowych