VIII Międzynarodowy Bieg Skawiński – brzmi poważnie, a cyferka edycji zobowiązuje do wysokiego poziomu imprezy. Tak też było.

Sam dojazd do Skawiny dość banalny. W samym mieście przy ulicy wisiały drogowskazy umieszczone przez organizatorów – trochę małe i trzeba było ich mocno wypatrywać, lecz dojechaliśmy bez problemu na parking przy parku, czyli bliżej się już nie dało.

bieg-skawinski-2010-plakat Odebranie pakietów startowych (bogatych ;-) , a jakże!), numerków i koszulek poszło bardzo sprawnie – jedyna rzecz, do której można by się przyczepić to duża ilość odwiedzanych po kolei stolików.

Małą konfuzję wywołała zmiana miejsca startu, o czym nie było wcześniej wiadomo. Ale to nie problem.

3… 2… 1… start… i wystartowaliśmy wielką grupą. Jedni szybciej, drudzy wolniej, każdy swoim tempem – niektórzy jak zwykle przesadzili i już przed półmetkiem łączyli bieg z marszem – cóż, zdarza się, następnym razem postąpią pewnie rozsądniej – o ile to ich nie zraziło.

Trasa non-stop asfaltowa, z kilkoma niesmiałymi podbiegami i zbiegami. Nauczony doświadczeniem (ale to przemądrzale zabrzmiało) starałem się przyspieszać na zbiegach, wydłużając przy tym krok.

Nawrót przed piątym kilometrem wzbogacony był o punkt czerpania wody :-) co było dla mnie małym zaskoczeniem. Ucieszyłem się bardzo i skorzystałem z dwóch kubków. Pierwszy wypiłem wolnymi łykami, natomiast drugi wylądował na mojej głowie i szyi. Po takim orzeźwieniu mogłem biec dalej.

Na piątym kilometrze miałem czas 24 min., więc było naprawdę nieźle. Na całej trasie udało mi się trzymać tempo pomiędzy  4:30, a 5min./km. Miałem założenie zbliżenia się do 47 minut, co prawie osiągnąłem, bowiem wykręciłem 48:11, ustanawiając tym samym nową życiówkę w biegu na 10km!

Życiówkę popełniła również moja małżonka, przebiegając dyszkę w czasie 57:02! Gratulacje!

Tradycyjnie już na szótym kilometrze pojawił się u mnie problem lewego kolana. Korekta lądowania na pięcie i wyjście palcami trochę pomogła. Generalnie bólu nie czułem do momentu kiedy zacząłem myśleć ‘ciekawe jak tam moje kolano‘ – wtedy ból pojawiał się niczym na zawołanie (trzydniowe smarowanie kolana Naproxenem naprawiło je).

Po biegu czekaliśmy jeszcze na losowanie, zjadając w międzyczasie grochówkę (zjadliwa, ale nie tak pyszna jak tydzień wcześniej po biegu Unia na 5) i śledząc wręczanie pucharów i nagród dla najlepszych biegaczy oraz biegaczek – która to ceremonia zaczęła się nieco chaotycznie, lecz rozkręciła się dzięki zabawnemu panu konferansjerowi. Telewizora jednak nie wylosowaliśmy i w wesołych – mimo wszystko – nastrojach wróciliśmy do domu.

Tak jak napisałem na początku, impreza naprawdę dobrze zorganizowana, za rok odwiedzimy Skawinę ponownie.

ps. Ostatnie dwa kilometry przebiegłem z towarzystwie Mateusza z Katowic – pozdrawiam w tym miejscu serdecznie i życzę powodzenia w dalszej karierze. Masz potencjał.

Kliknij i podziel się tym atykułem ze znajomymi:
  • Wykop
  • Gwar
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Technorati
  • LinkedIn
  • MySpace
  • del.icio.us
  • Digg

Podobne wpisy:

  1. VIII Międzynarodowy Bieg Skawiński – Skawina 2010
  2. Bieg Skawiński 2010 – zdjęcia przed i po biegu
  3. Dwa dni później…
  4. Jak to się w Krakowie biegało
  5. „Rewelacyjny finisz zawodnika w czarnym dresie…”