Archiwum dla Luty, 2011

Running – resurrection

Rok 2010 minął bezpowrotnie. Udało mi się w nim pokonać dwa maratony (Maraton Kukuczki i Maraton Wrocławski), dwa półmaratony (w ramach Silesia Marathon oraz Półmaraton Katowice) oraz niezliczoną ilość dyszek, piętnastek i biegów pomniejszych. Łącznie przebiegłem 554 kilometry (wg Nike+), średnio 11km na tydzień. To chyba nieźle jak na całkowitego amatora oraz kogoś, kto wcześniej bardzo nie lubił biegać.

Był to też rok, w którym zmagałem się nawracającym bólem kolana, a w zasadzie obu kolan, kilku przetarć na stopie, podrażnionych sutków i paru kurczów. Teraz już wiem, że każdą kontuzję trzeba wyleczyć do końca. Nie biegać, nie nadwyrężać, nie forsować. W przeciwnym razie kontuzja wraca, a wraz z nią wraca ból, nierzadko także pojawiają się inne dolegliwości. Jest to również faza braku postępów, stagnacji, a w dalszej kolejności znużenia całą tą sytuacją i znużenia bieganiem. Jak to mawiają, Polak mądry po szkodzie.

No dobra, lekcja odrobiona. Czas wziąć się za siebie…

… dziesięć dni temu wyszedłem pobiegać. W ciągu 5 wyjść pokonałem gdzieś 42 kilometry. Było super. Po każdym z tych biegów czułem się świetnie, spałem wyśmienicie i zostałem zbombardowany pokładami nowej energii. Bieganie jest naprawdę fajne, lecz jak wszystko, trzeba to robić z głową.

Chętnych do śledzenia moim zmagań zapraszam do kolejnych odwiedzin na blogu oraz na mój profil w runkeeperze.

A! Pierwszy start w tym roku już zaplanowany. Wybór w pierwszej kolejności padł na Silesia Marathon. Mam już nawet przydzielony numer: 200. Całkiem fajny, prawda?

statystyki stron internetowych