Archiwum dla kategorii ‘ Zdrowie

Upał, skwar, żar…

viii bieg opolski

wyglądam dość niewyraźnie, prawda?

Tak w skrócie opiszę swój dzisiejszy start w VIII Biegu Opolskim. Założenie miałem bardziej ambitne od uzyskanego rezultatu, ale po kolei.

Sobota, 3. lipca, Opole

9:30
Parkujemy samochód na wielkim parkingu – wciąż mnóstwo wolnych miejsc. Udajemy się po numerek, przy okazji nabywamy techniczne koszulki Kalenji w promocyjnej cenie 10pln – różowa damska i żółta męska – na pewno się przydają do biegania lokalnego.
Obowiązkowe skorzystanie z tojtoja.
Ugryzł mnie komar, wyskoczył potworny bąbel – no fajnie, myślę sobie – bestie mnie pożrą żywcem. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Po powrocie do samochodu zjadam batonik i popijam go izotonikiem. Następnie przebieramy się do stroju właściwego.

10:30
Rozgrzewkę czas zacząć. Trucht po lesie, w cieniu drzew, w towarzystwie delikatnego wiatru – bardzo przyjemnie i orzeźwiająco, aż chce się biegać. Bieg w otwartym terenie – upalnie nienormalnie, żar bije zewsząd – mam wizję potwornego przegrzania i bólu głowy.
Zjadam kolejny batonik.

10:55
Ustawiamy się przed linią startu, niektórzy już zamknięci w sobie, psychicznie przygotowują się do walki z dystansem 10km. Inni natomiast gaworzą wesoło i świetnie się bawią. My (małżonka i ja) stajemy gdzieś na tyłach. Oczekujemy na umówiony znak sygnał…

11:00
… i wystartowali. Najpierw prawie w miejscu, następnie ciut szybciej i szybciej, aż dochodzę do tempa 4:30 na kilometr. Powoli wyprzedzam co wolniejszych uczestników biegu. Pierwszy kiometr, drugi i trzeci. Biegnie mi się całkiem dobrze, nadzieja na dobry rezultat nadal w zasięgu ręki, no może raczej nóg.
Prysznic przy wozie strażackim ożywia mnie, bardzo przydatne biorąc pod uwagę fakt, że biegniemy w pełnym słońcu. Tempo w okolicach 4:40, więc nie jest źle.
Gąbki z wodą dodają rześkości, jest dobrze.

5-ty kilometr
Jest źle. Potworny ukrop, jest mi strasznie gorąco, na dodatek czuję się mocno zasłodzony (oj te batoniki i izotonik, przesadziłem zdecydowanie). W punkcie z wodą biorę dwa kubki. Zawartość pierwszego wypijam do dna, drugi natomiast wylewam na siebie. Trochę pomogło lecz nadal gotuję się. Przechodzę do marszu. I tak na zmianę, marsz i bieg. W taki sposób przebyłem cały wał, który zdawał się nie mieć końca. Pogoda nie ułatwiała, słońce prażyło, nagrzana ziemia promieniowała ciepłem. Nie, nie ciepłem – żarem, rozgrzanymi węglami, surówką wylaną z pieca hutniczego! Czułem się niczym uczestnik maratonu pustynnego w Arizonie.

Za wałem już mi jakoś poszło. Jakoś, bo tempo w okolicy 5:30, więcej nie byłem w stanie wycisnąć z przegrzanego organizmu. A może i nawet podświadomie nie chciałem tego robić, aby nie skończyć jako petent obsługi medycznej.

Bieg ukończyłem z bardzo słabym czasem netto 54:30. Ważne jednak, że dobiegłem i przeżyłem – dwie osoby musiały przeszarżować, bowiem zostały na trasie w opiece medyków.

Podsumowanie
Sam bieg zorganizowany został dość sprawnie. Ciekawy medal oraz bogate pakiety startowe (i mineralna, i izotonik), a na dodatek kubek okolicznościowy oraz pyszna kanapka – panie dostały płyty cd z muzyką oraz audiobookiem.

Mam jednak dwa zastrzeżenia (podziela je moja żona – nie tylko dlatego, że jest moją żoną :-P).

  • Punkty odżywcze (z wodą) zostały rozlokowane dość nieoptymalnie według mnie. Skoro i tak de facto były dwa, to może lepiej gdyby dystans między nimi był większy?
  • Paremadycy co prawda przemieszczali się grupami wzdłuż trasy, jednak przy takim upale organizator mógł rozlokować dodatkowe osoby z walkie-talkie w celu zapewnienia lepszej obstawy trasy w sytuacjach zagrożenia zdrowia/życia.

Na koniec mała uwaga dla siebie samego: mniej batoników i izotoników przy takiej pogodzie i na tak krótkim dość dystansie. Lepiej podpijać mineralną.

Czwartek i piątek

W czwartek i piątek pobiegałem sporo. Łącznie wyszło około 20 kilometrów – biorąc poprawkę na wskazania Nike+.

Pisząc krótko: był śnieg na trasie, było dość ślisko, a temperatura oscylowała wokół -4 stopni Celsjusza.

W piątek było gorzej, bo padał śnieg, a momentami pojawiała się zadymka, która miała mi zawsze prosto w twarz – nieważne w którą biegłem stronę – ot, zjawisko :-)

Tego dnia zrobił mi się też odcisk. Mokra skarpetka obcierała o śródstopie z jednej strony i o buta z drugiej. Zaczęło się to na około dziewiątym kilometrze. Początkowo myślałem, że coś wpadło mi do środka buta, jednak szybko pozbyłem się tego złudzenia.

Podczas biegu bolała mnie też prawa zewnętrzna część prawego kolana – jednak było to chwilowe. Trwało maksymalnie jeden, no może półtora kilometra. Ból ustał i później już nie wrócił.

Poza tymi zdarzeniami wszystko było ok. Po powrocie do domu i okąpaniu się, wróciłem do domowych zajęć.

Tak na marginesie dodam, że cieszę się niezmiernie, że mój organizm tak dobrze radzi sobie z bieganiem (inni niestety nie mają takiego szczęścia :-( ale trzymam kciuki).

Poniżej zestawienie dotyczące obu biegów:

2010-01-07-bieg Czwartek, 7. stycznia 2010
– odcinek: 5,71 km
– czas: 00:26:34
– średnie tempo: 4′39”

+

2010-01-08-bieg Piątek, 8. stycznia 2010
– odcinek: 15,98 km
– czas: 01:21:57
– średnie tempo: 5′08”

Ps. Pewnie zauważyliście nowy kolor wykresów – Zielony – przebiegłem już 250 km z Nike+ i awansowałem do wyższej grupy :-)

O jedzeniu słów kilka

Przeczytałem ostatnio kilka ciekawych artykułów odnośnie jedzenia i porozważałem wewnętrznie ich przesłanie przez kilka dni. Efekt taki, że postanowiłem cześć z nich wdrożyć, lecz na razie bez szaleństw.

Na pierwszy ogień poszło pozbycie się cukrów zbytecznych. Od poniedziałku przestałem słodzić herbatę, a zwykle sypałem dwie pełne łyżeczki. To samo z kawą zbożową – dolewam tylko trochę mleka.  Jedynie raz dziennie pozwalam sobie na luksus i piję kawę z mlekiem, dosładzaną dwiema łyżeczkami cukru – coś od życia mi się przecież należy.

Nie zaglądam również do szafki ze słodyczami, a jak zaglądam, to zachowuję zimną krew i nic z niej nie zabieram – szczególnie teraz, kiedy przed świętami wypchana jest po brzegi 😉 Nie ma jak to silna wola! Może tak na marginesie dodam, że chipsów nie jadłem od naprawdę długiego czasu – to dopiero była zaraza.

Podsumowując mijający tydzień – czuję się znacznie lepiej. Nie jestem zasłodzony i minęła mi dziwna senność (to pewnie od nadmiaru cukru w organizmie). Na wadze też jakby ubyło ponad pół kilograma (a byłem tylko dwa razy biegać). Ogólnie na plus.

Dodatkowo, jakiś czas temu, żona przekonała mnie do nowego dania. Jest ono strasznie proste w przyrządzeniu, a wydaje się (i pewnie jest) dość zdrowe.

Poniżej lista składników:
– pół jabłka
– pół pomarańczy
musli
otręby (ja miałem otręby granulowane z żurawiną)
jogurt naturalny (150g)

Sposób przyrządzenia:
Jabłko i pomarańczę pokroić w małe kawałki, posypać musli i – jeśli ktoś lubi – otrębami. To wszystko zalać jogurtem i wymieszać.

Tak przyrządzony posiłek spożyć od razu :-) Jest bogaty w węglowodany, odżywczy i zdrowy. Smacznego.

Poniżej kilka fotek z procesu przygotowywania:

Jak odżywiać się prawidłowo?

Przeczesując internet, natknąłem się przed paroma minutami na bardzo wartościowy artykuł dotyczący odpowiedniej diety (w serwisie bieganie.com.pl). Opisane w nim były wszelkie mechanizmy biochemiczne zachodzące w organizmie oraz to, jak różne potrawy mają na nie wpływ. Moim zdaniem, warto zaznajomić się – i co najważniejsze – spróbować ulepszyć swoją codzienną dietę poprzez zastosowanie wskazówek z tego tekstu.

Poniżej link, szczerze polecam:
http://www.bieganie.com.pl/joomla/index.php?option=com_content&task=view&id=111

zdrowe-posilki-bieganie-pl-sxc-hu
Foto: sxc.hu

Moja pierwsza quasiwycieczka biegowa

W środę odwiedził nas mój szwagier. Było miło, choć zbyt wiele nie porozmawialiśmy z racji tego, że ganiałem po domu za synem. Szwagier przygotowuje się do paryskiego maratonu i dużo czyta na temat biegania (biegać, biega również 😉 ). Część swojej wiedzy wylewa mi, więc korzystam na tym, nie powiem.

Tym razem wspomniał o wycieczkach biegowych. Podobno raz w tygodniu, głównie w okresie przygotowawczym wypada biegać co najmniej dwie godziny, biegiem ciągłym lub marszobiegiem – to dotyczy biegaczy niezaawansowanych. Jako, że ja jestem nadal takim wielkim amatorem, z pomocą Google Maps ułożyłem sobie trasę o długości 14.5km. Jej pokonanie estymowałem na około półtora godziny – czyli jak dla mnie ok. Tym bardziej, że miał to być mój pierwszy tak długi bieg.

No i muszę przyznać, że jakoś poszło, a może nawet lepiej niż jakoś. Trasa dość urozmaicona, bo wiele zbiegów i podbiegów lecz wyłącznie po chodnikach i ulicy. Odwiedziłem peryferia i główne ulice Chorzowa oraz Świętochłowic. Było naprawdę miło, szczególnie kiedy na wysokości chorzowskiej ulicy Wolności grupka młodocianych raperów/hip-hopowców uradowała się na mój widok, twierdząc że jestem ‚JOGINEM:-) Niech im tam będzie… czemu nie :-)

Na około jedenastym kilometrze odezwało się kolano, jednak trochę inaczej niż ostatnio i dało się spokojnie dobiec do końca. Oj martwi mnie to, chyba zainwestuję w bengay’a lub naproxen, może coś pomoże. Będę meldował.

Podsumowując, bieg uważam za bardzo udany, postaram się aby raz w tygodniu przebiec się tą trasą, a może nawet i dłuższą, tylko gdzie…

Bieg w liczbach:
– odcinek: 14,54 km
– czas: 01:18:16
– średnie tempo: 5′23”

… i na wykresie:

2009-12-10-bieg

ps. dziękuję żonie za wielką wyrozumiałość :-*

Tajemnica bolącego kolana

Po kilku dniach rozmyślań nad prawdopodobnymi przyczynami bólu prawej zewnętrznej części prawego kolana – pojawiło się rozwiązanie. Bądźcie spokojni – będę żył! :-)

Przyczyna prozaiczna i głupia, wynikająca z charakteru mojej pracy, a w zasadzie konsekwencji. Spędzam sporo czasu przed komputerem, często z założoną nogą na nogę. Zauważyłem ostatnio, że mając nogi w takiej pozycji – dokonuję przechylenia tej mizernej konstrukcji na boki i zatrzymuję w skrajnym położeniu. W taki oto sposób nadwyrężam staw i jego okolice, co potem ‚wychodzi’ podczas biegania.

Od dziś staram się zapanować nad tym chorym odruchem. Eh… szkoda słów…

statystyki stron internetowych