Wpisy otagowane ‘ bieg pod żyrafą

Moje małe sukcesy

Szanowny małżonek odstąpił mi kawałek bloga… Jako że zna moją wrodzoną elokwencję, liczy pewnie, że przez to wzrośnie mu oglądalność…
Do rzeczy!

Nie pytajcie jak biegam. Ja biegi tylko ‚zaliczam’, bo o wynikach nie może być mowy. Tak sobie czasami myślę, że mogłabym być zabezpieczeniem medycznym imprezy (zbierać tych, którzy ‚padli’) albo mogłabym należeć do organizatorów (i zbierać oznakowanie trasy).

Mam jednak swoje małe sukcesy:
– na  moim pierwszym biegu – Półmaratonie Katowickim (a raczej jego 7-kilometrowej części)  – przebiegłam trasę bez zatrzymania się,
– na końcu IX Perły Paprocan (mój drugi bieg) wygrałam finisz z jakąś dziewczyną,
– w czasie XX Bieg Legionów (bieg nr 3) w Ustroniu wyprzedziłam kilku zawodników w połowie trasy (a mój brat wcześniej orzekł: nie ma bata, ona tego nie przebiegnie!),
Bieg Barbórkowy w Rybniku ukończyłam bez zawału serca…  i nawet w końcówce wyprzedziłam jakiegoś jegomościa (i dlatego byłam piąta od końca, hurra),
Tyski Bieg pod Żyrafą to już same pasmo sukcesów: po kilometrze trasy najstarszy (!) uczestnik biegu zapytał mnie „Pani 2 km?” na co odparłam, że nie! 6! i do samego końca biegu siedziałam mu na ogonie…

Jaki zawodnik, takie sukcesy…
Ale też chyba kiedyś zaczynaliście…

„Rewelacyjny finisz zawodnika w czarnym dresie…”

Takimi słowami spiker podsumował mój dobieg do mety, na dzisiejszym biegu z okazji 75-lecia Tychów w parku miejskim pod „Żyrafą„. Walka była zacięta, nie powiem, musiałem wrzucić tryb turbo, aby obronić swoją pozycję. Którą pozycję – tego jeszcze nie wiem – nie ma nigdzie w internecie wyników, a my (biegłem z żonką, której gratuluję postępów) od razu po biegu zmyliśmy się do domu.

Podczas jazdy do Tychów padał śnieg, temperatura spadła do 0 / -1 stopnia, na szczęście podczas biegu już nie padało. Czuć było za to niską temperaturę, lecz nie daliśmy się i dzięki dobrej rozgrzewce utrzymanie temperatury powiodło się.

Wszystko poszło fajnie ale dałem ciała z początkiem. Nie wiedzieć czemu wystartowałem i utrzymywałem mocne tempo, dorównując zawodowcom – niestety, tylko przez pierwsze 150-200 metrów. Potem zwalniałem, aż zszedłem do mojej nominalnej prędkości. Taktyka fatalna, szkoda słów. Porażka. Amatorstwo pełną gębą. Wstyd. Shame on me…

Całość wspominałbym zdecydowanie jako mocno nieudany występ, gdyby nie wspomniana w tytule i we wstępie końcówka, dzięki której mam dobry humor aż do teraz :-) Podobno „ostatnie 100 metrów biegnie się wyłącznie charakterem”.

Tradycyjnie już, dane dotyczące biegu i wykres (dane trochę niedokładne, ponieważ wyłączyłem zliczanie kilkanaście/dziesiąt sekund po przekroczeniu linii mety):
– odcinek: 6,36 km
– czas: 00:30:01
– średnie tempo: 4′44”

2009-12-12-bieg

Ps. Pierwszy raz z mojej biegowej karierze podrażniłem sobie sutek – było zimno, sutki trochę stanęły na baczność, a w bluzie miałem dokumenty (na wysokości lewego sutka) no i nieszczęście gotowe. Prawy sutek czuje się świetnie 😉

statystyki stron internetowych