Wczoraj wieczorem nie mogłem wysiedzieć w miejscu, nosiło mnie bardzo, a że nie miałem niczego pilnego do zrobienia, poszedłem pobiegać.
Parę godzin wcześniej zresetowałem opaskę Nike+ do ustawień nominalnych, bo przekłamanie było już nie do zaakceptowania. Po środowym bieganiu z małżonką, jej opaska wskazała 8,72km (co w ponad 99% odpowiadało prawdzie), natomiast moja pobiła wszelkie rekordy, pokazując przebiegnięte 10,21km.
Padło na tę samą trasę, co dzień wcześniej. Z jakiegoś powodu bardzo mi ona pasuje. Może chodzi o to, że 80% dystansu biegnę po asfalcie, co jest nad wyraz przyjemne przez bezwzględną przyczepność do podłoża (co za wspaniałe uczucie zimą, nawet jeśli czasem jest nieco mokro). Pozostałe 20% dystansu to bieg chodnikiem, po rozchodzonym śniegu – czyli dość paskudnie, co tu dużo pisać.
Biegłem żwawo, dynamicznie, na trzecim kilometrze pojawiła się lekka zadyszka ale biegłem dalej, nie zwalniając. Wydawało mi się, że będzie rekord trasy. I byłby – gdyby nie wspomniane ośnieżone fragmenty. Nie miałem szans biec po nich szybciej, stopa mocno uciekała do tyłu, czułem że cała para idzie – jak to się ładnie mówi – w gwizdek.
Zadowolenie jednak było, i to duże. Przecież o to chodzi, żeby biegać dla zdrowia, satysfakcji, czerpać zadowolenie z każdego przebiegniętego kilometra, a nawet metra. Podsumowując – czwartkowe bieganie zakończone sukcesem. Mission accomplished.
ps. Czytał już ktoś nt. porównania biegania do uzależnienia heroiną?
Tekst tutaj: http://medycyna24.pl/bieganie-uzaleznia
Poniżej dane z biegu i wykres:
- odcinek: 8,42 km
- czas: 00:43:40
- średnie tempo: 5′11”