Wpisy otagowane ‘ początki biegania

Moje małe sukcesy

Szanowny małżonek odstąpił mi kawałek bloga… Jako że zna moją wrodzoną elokwencję, liczy pewnie, że przez to wzrośnie mu oglądalność…
Do rzeczy!

Nie pytajcie jak biegam. Ja biegi tylko ‚zaliczam’, bo o wynikach nie może być mowy. Tak sobie czasami myślę, że mogłabym być zabezpieczeniem medycznym imprezy (zbierać tych, którzy ‚padli’) albo mogłabym należeć do organizatorów (i zbierać oznakowanie trasy).

Mam jednak swoje małe sukcesy:
– na  moim pierwszym biegu – Półmaratonie Katowickim (a raczej jego 7-kilometrowej części)  – przebiegłam trasę bez zatrzymania się,
– na końcu IX Perły Paprocan (mój drugi bieg) wygrałam finisz z jakąś dziewczyną,
– w czasie XX Bieg Legionów (bieg nr 3) w Ustroniu wyprzedziłam kilku zawodników w połowie trasy (a mój brat wcześniej orzekł: nie ma bata, ona tego nie przebiegnie!),
Bieg Barbórkowy w Rybniku ukończyłam bez zawału serca…  i nawet w końcówce wyprzedziłam jakiegoś jegomościa (i dlatego byłam piąta od końca, hurra),
Tyski Bieg pod Żyrafą to już same pasmo sukcesów: po kilometrze trasy najstarszy (!) uczestnik biegu zapytał mnie „Pani 2 km?” na co odparłam, że nie! 6! i do samego końca biegu siedziałam mu na ogonie…

Jaki zawodnik, takie sukcesy…
Ale też chyba kiedyś zaczynaliście…

Dlaczego zacząłem biegać?

Tak jak obiecałem na końcu pierwszego wpisu, dziś opiszę w skrócie dlaczego – pomimo tego że biegać nie lubiłem – biegać zacząłem.

Wyjście z domu zawdzięczam, nikomu innemu, jak tylko mojej małżonce. To ona przełamała się sama i w maju ruszyła na siłownię, gdzie uczęszczała regularnie dwa / trzy razy na tydzień przez dwa miesiące, potem wakacyjna pauza i  kontynuacja od września. Zaimponowało mi to bardzo – jednak ja pielęgnowałem konsekwentnie proces zapuszczania korzeni w domu.

Latem podjąłem kilka prób wyjścia i biegania po ścieżkach WPKiW, jednak był to tylko zryw, oparty na słomianym zapale.

Dopiero na początku października, po kilku namowach żony, żebym poszedł razem z nią na siłownię, przełamałem się i zdecydowałem wdrożyć bieganie – ale już na poważnie, bez opieprzania się i odpuszczania sobie. No i się zaczęło.

Żeby uprościć sprawę i nie komplikować tematu, postanowiłem biegać po najbliższej okolicy, czyli po drogach osiedlowych i chodnikami wzdłuż ulic. Jako alternatywę miałem trasy WPKiW – jednak ze względu na chęć oszczędzenia czasu, pomysł odrzuciłem.

Zaczynałem od trasy o długości 3km. Pierwsze dwa razy były ciężkie, nie powiem. Dodatkowo zakwasy dzień i dwa dni po, jednak wytrzymałem i stopniowo zwiększałem dystans, dokładając po jednym kilometrze. Nie ukrywam, że początki dały mi sporo satysfakcji, ponieważ – co było dla mnie ważne – zawsze przebiegałem obraną trasę bez ani jednego postoju. Nawet gdy miałem resztki sił, a byłem w 2/3 długości, potrafiłem sobie powiedzieć, że dam radę, że już końcówka i że już z górki – pomagało, choć nie brakowało myśli w stylu „zatrzymaj się, już wystarczy tego„, „po co biegniesz, resztę możesz pokonać spacerkiem„, a nawet takich: „na cholerę Ci te bieganie?„, „naprawdę tak źle Ci się siedziało w domu?” … oj te wredne alter ego 😉 nie dałem mu się.

Dobra, starczy tych wywodów. Za oknami dziś fajna pogoda i mam ochotę pobiegać – pora ubrać sportowe ubranie i ruszyć w trasę. Może coś skrobnę po powrocie – jak znajdzie się chwilka. A Ty na co jeszcze czekasz?

Nigdy nie lubiłem biegać

Tak, taki jest fakt. Może to trochę dziwne i nienormalne zaczynać takim wpisem, jednak ja naprawdę nigdy nie lubiłem biegać na dystansach powyżej dwustu metrów.

Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się na dobre w 4 klasie szkoły podstawowej, kiedy przydzielono mnie do klasy sportowej. Cały pierwszy rok to, wiadomo, czas testów i odnajdywania ‚swojej dyscypliny’. Jako, że w jednej z pierwszych takich prób selekcji poszło mi ponoć całkiem nieźle w biegu na 1km, zostałem wydelegowany na znany wtenczas na cały kraj Cross Ostrzeszowski. Oczywiście nie zwyciężyłem wtedy, jednak były to moje pierwsze poważne i ogólnopolskie zawody sportowe.

Następnie były inne próby i podejścia do kolejnych dyscyplin. Przez dłuższy czas uprawiałem biegi krótkodystansowe (do 200m, w tym sztafety), skok w dal, aż docelowo przypadł mi do gustu skok wzwyż. Przy okazji pochwalę się swoim osiągnięciem życiowym: 186cm, przy wzroście 174cm, co dawało 12cm przeskoku – i właśnie dzięki temu przeskokowi byłem swego czasu naprawdę dumny z siebie… a może i nadal jestem, skoro o tym wspominam tutaj :-)

Wracając do biegania, łatwo zauważyć, że wraz ze zmianą dyscypliny zmniejszał się dystans, jaki należało pokonać do wykonania ćwiczenia… nic dziwnego, przecież pisałem już o tym w tytule i we wstępie…

Etap moich studiów i ‚dorosłego życia’, to czas spędzony raczej niezbyt sportowo. Zawsze znalazła się jakaś wymówka, triumfowało lenistwo i sportowa apatia. Owszem, były próby wdrożenia zdrowych truchtów, jednak zazwyczaj kończyło się na inicjacji sezonu biegowego. A było tych inicjacji sporo, co najmniej dwie w każdym roku.

Tak to było z moim bieganiem od dzieciństwa, aż po 29. rok życia.

W następnym wpisie (za kilka dni) opiszę co mnie skłoniło, dlaczego pogodziłem się z bieganiem i po co mi to było.

statystyki stron internetowych